O pułapkach… wspólnej modlitwy

 

 

Modlić się razem czy nie modlić, rozmawiać o duchowości czy nie rozmawiać? Często związek, w jaki wchodzi dziewczyna zafascynowana religią i duchową stroną kobiecości, czytająca kato-blogi, działająca we wspólnotach – musi stanąć przed tym wyborem. Bo każda z nas o tym marzy, czasem jawnie, czasem na dnie serducha – żeby doświadczyć czegoś tak pięknego, gdy mój ukochany modli się razem ze mną, gdy stajemy razem przed naszym Bogiem, gdy mogę się zachwycić duchowością tego, kogo kocham… Gdy – jak mówi piosenka New Life’m – mogę się zakochiwać w jego nieśmiertelnej duszy. Piękne, ale czy w tych marzeniach nie ma też i pułapek…?

 

Po pierwsze: nie rozdać wszystkiego… Nieraz bywa tak, że związek od początku pełen jest wspólnego przeżywania duchowości. Niby wszystko pięknie, ale… Jednością mamy być dopiero w małżeństwie, nie przed. To bardzo mądrze pomyślane, nie tylko pod względem seksu! Czas chodzenia ze sobą to poznawanie siebie nawzajem, ale też czas na rozwój mój i mojego ukochanego. Rozwój, na który musi być przestrzeń, taka indywidualna, intymna, własna. Nie można wszystkiego robić razem, bo zabijemy to, co we mnie i w nim indywidualne, piękne. I będziemy biedni, bo zamiast wnosić każdy swoje bogactwo i na tym budować, nie będziemy mieć nic. Wspólna modlitwa – jak najbardziej, rozmowy o duchowości – jak najbardziej, ale niech to nie zdominuje mojej relacji z Bogiem! Kiedy każda moja modlitwa, każde rekolekcje, każda duchowa rozterka i pocieszenie będą odsłaniane przed drugą osobą – w końcu tę moją relację z Bogiem zatracę, roztopię we „wspólnej” duchowości. A wtedy nawet to modlenie się razem zacznie być sztuczne. Dajmy sobie szansę, by rozwijanie osobistej, indywidualnej relacji z Bogiem było na pierwszym miejscu. Nie bójmy się tego, bo to bogactwo będzie owocowało dla obu stron na długo!

 

Po drugie: nie przesadzić z tym zachwytem… Skoro zakochałam się w jego duszy, w tym, jak patrzy na Maryję, na Jezusa, w tym, jak się modli i jak pięknie mówi o Bogu, to czy może w tym być coś nie tak? Czyż może być bardziej idealne, święte zakochanie? No właśnie – to kolejna pułapka. Żebym się nie zatraciła w tym zachwycie. Żebym nie zapomniała, że to moja relacja z Bogiem ma rządzić moim życiem, a nie jego relacja. Skoro mój ukochany się modli, oddycha Bogiem – to naprawdę mam za co Panu dziękować. Ale co, kiedy moja modlitwa ograniczy się do tego dziękowania? Czy nie dojdę do momentu, w którym z Bogiem będę rozmawiać tylko o moim ukochanym, nie będę już miała żadnych innych tematów? Czy nie ograniczę roli Boga w moim życiu do tego, że dał mi wspaniałego mężczyznę?

 

Po trzecie: nie stać się czyjąś marną kopią… Jaka jest moja duchowość? W jaki sposób lubię się modlić? Jacy święci, święte mnie inspirują? Skąd czerpię? Jakie nabożeństwa są moimi ulubionymi? Jakie warunki pomagają mi naprawdę spotkać mojego Boga? – te pytania zdają się nie mieć ze związkiem nic wspólnego, tymczasem mają bardzo wiele. Bo trzeba je sobie zadać i na nie odpowiedzieć, żeby w ogóle móc wchodzić z kimś w duchową relację. Bo muszę najpierw znać siebie i mieć świadomość własnego bogactwa, własnego serca. I potem mogę tym bogactwem się dzielić i od kogoś czerpać z jego bogactwa. A niestety nieraz bywa tak, że zakochana „na 100% w jego duszy” zacznę się modlić tak, jak on lubi, lubić tych świętych, których on lubi, mówić do Boga jego słowami i na wszelkie nabożeństwa chodzić za nim. Ostrożnie. To piękne, poznawać czyjąś duchowość. Odkrywać najskrytsze tajniki serca ukochanej osoby. Ale nie po to się je odkrywa, żeby kopiować. W moje serce i w jego serce Bóg złożył piękne i odmienne od siebie skarby. I mogę się ubogacić. Ale pod warunkiem, że własnego bogactwa w tym nie zatracę.

 

Po czwarte: nie podeptać skarbu… To niestety pułapka, jaka dopada wiele z nas, kiedy wchodzimy w związek. Kocham Boga, jestem we wspólnotach, często modlę się z innymi i czytam w internecie o parach, które razem się modlą. No więc – módlmy się i my! A co, jeżeli on nie jest przekonany? Czy stwierdzę, że mój ukochany to bezbożnik, poczuję się bardziej święta i rozpocznę ewangelizacyjną krucjatę? Nie tędy droga! Bóg stworzył kobiety tak piękne i wyjątkowo, że obdarzył nas ważną cechą: delikatnością. Z tego daru warto korzystać! I niekoniecznie ładować się z buciorami w życie duchowe ukochanej osoby… Bo szkody, jakie można w ten sposób poczynić, bywają ogromne! Pragnienie wspólnej modlitwy jest piękną perłą, jaką w moje serce złożył Bóg. Tą perłą mogę bardzo ubogacić relację, pod warunkiem, że będę umiała z nią postępować. A zatem: delikatnie. O tym pragnieniu warto mówić, ale z wyczuciem, żeby to nie było natrętne, żeby nie było wymaganiem, wyrzutem. I czasem potrzeba cierpliwości. I modlitwy, mojej własnej, o to, żeby Pan Bóg ten związek prowadził według swoich zamysłów. Bo nieraz wprowadzanie wspólnej modlitwy wbrew komuś może się zamienić w realizację moich, a nie Bożych planów… Pamiętaj: cudza duchowość jest skarbem, ale niesamowicie delikatnym, intymnym, wrażliwym – i jej odkrywanie wymaga delikatności i zaufania do ukochanej osoby, która sama odsłoni to, co uzna za słuszne.

 

O wspólną modlitwę trzeba się modlić. Dużo. Ale jeszcze więcej trzeba się modlić o własną. I tę własną relację z Bogiem podlewać jak ogród, by po kawałeczku, delikatnie ten ogród pokazywać drugiej osobie. Żeby modlitwa była naprawdę modlitwą, w której najważniejszy jest Bóg, a nie spełnieniem ambicji, że w moim związku będzie wszystko takie wspólne.

 

 

M.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *