Nigdy nie rozumiałem idei nie mieszkania ze sobą przed ślubem.

Drogie Panie,

odkąd dołączyłem do Akademickiego Ruchu Czystej Miłości zgadzałem się z większością zasad, ale nigdy nie rozumiałem idei nie mieszkania ze sobą przed ślubem. Myślałem, że to troszkę ,,archaiczny” pogląd i opinia kilku księży. Jak się w ostatni czwartek okazało, kolejny raz zaufałem bardziej swojemu przeczuciu niż Kościołowi, w którym od 2000 lat rozmyśla się o takich sprawach – i jak, się można domyślić, to moje przeczucie było błędne. Już wyjaśniam o co chodzi.

Na konferencji księdza Stryczka usłyszałem o wynikach badań psychologów, które zostały opublikowane w New York Timesie. Postanowiłem zgłębić temat i znalazłem kilka artykułów na niechrześcijańskich stronach, autorstwa niechrześcijańskich autorów i specjalistów (żeby nie było, że to tylko ,,katolickie przekonania”). Okazało się, że statystyki jasno pokazują, iż wspólne mieszkanie przed ślubem znacząco podnosi ryzyko rozwodu – nawet o 73%! Poza liczbami badacze i terapeuci przedstawili kilka przyczyn, dlaczego tak się dzieje:

różnice wynikające z innych oczekiwań u kobiet i mężczyzn: kobiety są przekonane, że decyzja o wspólnym zamieszkaniu jest krokiem w stronę małżeństwa, natomiast dla mężczyzn jest to raczej bezpieczna przystań, która ,,wyhamowuje” właśnie przed wejściem w związek małżeński. Tak odmienne cele są powodem wielu napięć, zwłaszcza po jakimś czasie, kiedy partnerki naciskają na kolejny krok, a faceci tego nie rozumieją

 

wygoda: podjęcie decyzji o wspólnym mieszkaniu wynika po prostu z wygody czy czynników ekonomicznych. A, jak wiemy, sprawy, które mają dużą wartość – jak np. małżeństwo – wymagają długiej, trudnej i ciężkiej pracy. Pójście na łatwiznę zawsze kończy się porażką. Jest to dość obszerny wątek – zainteresowanym polecam książkę o tym, dlaczego nie warto korzystać z łatwych rozwiązań – 7 nawyków skutecznego działania Stephena Coveya

 

brak intymności, tęsknoty, tajemnicy i romantyzmu: wspólne zamieszkanie powoduje ,,odkrycie” pewnej nutki tajemniczości, którą normalnie poznalibyśmy dopiero po ślubie. Obserwujemy swoje najdrobniejsze nawyki; siłą rzeczy spędzamy ze sobą wiele ,,romantycznych” momentów, przez co stają się one po prostu codziennością. Znika miejsce na spontaniczność czy tęsknotę za drugą osobą – chwile, kiedy nie jesteśmy razem podczas niesamowitego zachodu słońca albo kiedy jemy samotnie kolację. Warto zachować tę nutkę intymności i tajemnicy na później

sposobność do współżycia: to już typowy kato argument, który wcześniej mnie nie przekonał. Osobiście uważam, że dałbym radę wytrwać w czystości. Ale po dłuższym zastanowieniu stwierdzam, że nie da się uniknąć sytuacji, w których to napięcie się pojawia. A przy wspólnym mieszkaniu takie sytuacje rosną wykładniczo. Skoro pojawia się napięcie – to pojawi się też jego rozładowanie. A to już jest prosta droga do grzechu. Teraz widzę, że ten argument ma sens. Wcześniej mnie nie przekonywał, może dlatego, że wiem z doświadczenia, iż mieszkanie osobno wcale nie chroni przed współżyciem przedmałżeńskim. Ale na pewno zdecydowanie zwiększa szanse na uniknięcie grzechu, więc warto! Nie stwarzajmy sobie sytuacji do grzechu, zwłaszcza w tak wartościowych obszarach

 

trudna droga: to łączy się z wcześniejszymi argumentami: o rzeczy wartościowe trzeba się starać z wysiłkiem i nie przychodzą łatwo. Okres narzeczeństwa powinien być czasem pracy nad samym sobą i nad wspólną relacją jednocześnie. Dopiero dojrzewamy. W narzeczeństwie czeka nas ogrom wysiłku i wręcz warto w ten trud inwestować. Więc skoro mamy unikać skrótów, a mieszkanie przed ślubem jest takim skrótem, to chyba wiemy, co powinniśmy zrobić


– nauczyć się bez siebie żyć: rozłąki w małżeństwie będą się zdarzać – czy to wyjazdy służbowe czy inne sprawy. Okres narzeczeński jest czasem, kiedy możemy się nauczyć wytrwania w takich momentach. Zarówno jeżeli chodzi o czystość, jak i o bliskość. Jeśli przetrwamy ten długi okres do ślubu bez seksu czy bez fizycznej bliskości, będzie nam o wiele łatwiej przetrwać rozłąki w małżeństwie

małżeństwo to skok: wiele osób podejmujących decyzję o wspólnym mieszkaniu przed ślubem podaje argument ,,sprawdzenia się” i ,,dotarcia”. Jak powyższe badania pokazały, wcale tak się nie dzieje. Małżeństwo jest tak ogromną zmianą, że lepsze poznanie wcale nie dokonuje się poprzez kohabitację narzeczeńską. Warto zaufać badaniom. Pracować nad sobą zawsze możemy na specjalnych kursach czy korzystając  z innych rozwijających środków.

Powyższe argumenty zebrałem z artykułów i własnego doświadczenia. Osobiście nie przekonywały mnie wypowiedzi typu: a co inni pomyślą, to jest droga do nieczystości, bo zobaczysz swoją dziewczynę w samym ręczniku. Mam wrażenie, że takie podejście ze strony niektórych osób tylko ośmiesza tak ważną kwestię i zamiast skłaniać do refleksji przynosi odmienny skutek. Dlatego jako chrześcijanie powinniśmy mądrze argumentować nasze poglądy. Pamiętajmy o tym.

W każdym razie, najważniejszym wnioskiem z całego artykułu jest dla mnie zrozumienie, że często ufamy bardziej swoim przekonaniom niż stanowisku Kościoła, który jednak ma całkiem długą tradycję rozkmin i badania dotyczące wielu tematów (przypominam, że to ponad 2000 lat) i chce dla nas jak najlepiej. Więc od teraz bardziej będę ufał KK niż swoim przeczuciom. Nie oznacza to mojego bezkrytycznego podejścia czy zrezygnowania z chęci naprawiania i zmieniania oczywistych słabości naszej Wspólnoty, ale oznacza podejście z większym szacunkiem do dorobku dwóch tysiącleci. Mimo, że nie zgadzam się z niektórymi stanowiskami, to ze względu na świadomy wybór bycia katolikiem przestrzegam norm i zasad panujących w Kościele. Bo jakiż miałoby za sens trwanie we wspólnocie, gdyby świadomie łamało się jej zasady? Jeżeli z czymś się nie zgadzam to badam daną sprawę i gdy mam pewność, że coś powinno się zmienić, to będę do tego dążył, ale na pewno do czasu, kiedy oficjalne stanowisko w danej kwestii się nie zmieni, to będę go przestrzegał. Posłuszeństwo jest jedną z najważniejszych postaw i wcale nie musi oznaczać ślepego podążania za innymi, ale szacunek i ewentualną chęć zmian, aby cała wspólnota wzrastała w miłości. Bo wszelkie prawa nie mają innego źródła i innego celu niż Miłość!

Troszkę uciekłem od głównego wątku, ale myślę, że było warto! Polecam Was w modlitwie!

Piotr

1 thought on “Nigdy nie rozumiałem idei nie mieszkania ze sobą przed ślubem.

  1. Trzeba być dojrzałym facetem, żeby dojść do takich wniosków, także gratuluję Piotrowi 😉 Problemem jednak na dzień dzisiejszy jest to, że mało który mężczyzna i nie za duża grupa kobiet (przepraszam za ogólnik, ale to wynika z obserwacji otoczenia, a także statystyk rozwodowych) myśli na za tydzień/ za miesiąc/ za rok. Większość łapie tu i teraz. Jest fajnie, to jest dobrze. Nie jest fajnie, no to może zmiana… I coraz bardziej zapętlają się w wir tu i teraz, a w rzeczywistości tego dzisiejszego dnia nie złapali. To jest temat do dłuższej dyskusji. Pary, które znam a nie mieszkały ze sobą przed ślubem… cóż mają w sobie to coś ładnego, czystego (nie wiem jak to nazwać). Bo wiedziały, ze być razem to plan nie tylko na tu i teraz. Temat ważny i poważny. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *